30, 31, 32 (in Polish)
30,31,32
30
Piątego stycznia skończyłem trzydzieści lat a półtora miesiąca temu odbyła się premiera mojego pierwszego dokumentu, który zdecydowałem się pokazać szerszej publiczności, zatytułowanego Zmieniłem Adres. Patrzę wstecz, na te trzydzieści lat i widzę samego siebie zmieniającego nieustannie adres,
choć film wcale nie jest o mnie. Urodziłem się w Warszawie, wychowywałem u dziadków w Żninie, szkoła w Bydgoszczy, po maturze Warszawa (najbardziej samotny rok w moim życiu), studia w Marshall w Missouri a później Tulsa, Oklahoma. Po sześciu latach wróciłem do Polski, najpierw Kraków i nuda, później Warszawa i Szkoła Wajdy, no i powrót do Bydgoszczy, a tym razem nawet nie do samego miasta, tylko do Kruszyna Krajeńskiego do domu rodziców. A co dalej, w stanach się nie odnalazłem, w Polsce też nie mogę jakoś zakotwiczyć, no i wylądowałem w Hong Kongu, gdzie w końcu odnalazłem cel w życiu i tą osobę, której szukałem od dawna. Po pół roku wróciłem do Polski, ale już trzy miesiące później wróciłem do Azji i cztery miesiące kręciłem się z kamerą po Filipinach. W międzyczasie wpadłem do Anglii, poprosiłem moja piękna Louise o rękę, a że się zgodziła bez oporów to po powrocie z Filipin wynająłem pokój od jej rodziców. Po pół roku, jedenastego stycznia 2009 roku pobraliśmy się i ten dzień bezapelacyjnie jest najwspanialszym w moim dotychczasowym życiu. Dzień później zaśnieżona Bydgoszcz i poprawiny po polsku, a stamtąd do Sydney, z trzytygodniowym przystankiem w naszym ulubionym mieście Hong Kongu. W Australii Louise studiowała muzykę a ja po raz pierwszy doświadczyłem pracy od 9 do 5. Po kilku miesiącach pracy jako montażysta w TV zdecydowałem się skoncentrować na czymś bardziej kreatywnym i zacząłem przygotowania do projektu Song In a Different Way (piosenka ale inaczej) a po krótkim czasie mieliśmy gotowy pół godzinny dokument, którego premiera odbyła się w dniu wydania debiutanckiego albumu Louise ISFP: The Peacemaker. Ten wieczór powoli kończył nasz pobyt na półkuli południowej…i znowu czas spakować walizki.
31
To już miesiąc odkąd wylądowaliśmy w Manili. Trzydzieści jeden dni nowych doświadczeń. Pomimo tego, że wcześniej spędziłem już kilka miesięcy w tym kraju, tym razem jest inaczej. Jako nowożeniec, czuję się bardziej odpowiedzialny i patrze na Filipiny pod innym kątem, aby było bezpiecznie, żebyśmy mieli gdzie wziąć prysznic, aby była odpowiednia kuchnia. Wcześniej nie miałem okazji spędzić za dużo czasu w Manili i dopiero teraz rozumiem co to jest chaos na drodze. Wydaje się, że Filipińczycy trzymają się idei “zasady są po to aby je łamać” a najciekawsze jest to, że w tym chaosie oni potrafią się nie pozabijać. Najcenniejszą i tak naprawdę niezastąpioną umiejętnością jest czytanie w myślach innych kierowców i użytkowników dróg. Dźwięk klaksonów jest wielkim niezdefiniowanym hałasem, a pomiędzy tymi dymiącymi i trąbiącymi samochodami, autobusami, jeepney’ami i tricyklami przemykają uliczni sprzedawcy, oferujący po papierosie, cukierku czy zapalniczce. Wędkę, kapelusz słomiany czy kogucie pióra można kupić nie wysiadając z samochodu.

Po trzech dniach spędzonych u znajomych w Manili, o czwartej nad ranem odebraliśmy z lotniska Mary, naszą znajomą Filipinkę, która pracuje jako pomoc domowa w Hong Kongu. Powitaliśmy ją z kamerą i kubkiem rozpuszczalnej kawy, za którą Filipińczycy przepadają, my natomiast nie bardzo. Tego ranka poznaliśmy brata Mary i jej dwójkę dzieci, którzy przyjechali po nią trochę spóźnieni. A po kilkunastu godzinach wszyscy razem wsiedliśmy do klimatyzowanego autobusu i ruszyliśmy na północ do ich rodzinnego miasta. Wydaje się, że klimatyzacja miała dwa ustawienia “wyłączona” i “zamrażarka” ponieważ chyba kombinezon narciarski byłby za cieńki. Ubrani w kurtki, przez siedem nocnych godzin staraliśmy się nie umrzeć w wyziębienia organizmu. Ale na szczęście w całości, choć potwornie zmęczeni dotarliśmy na miejsce. I może właśnie dlatego nie było dla nas ważne gdzie będziemy spali, byle by było wystarczająco długie łóżko i odpowiednia temperatura. Naszą pierwszą noc spędziliśmy w domu Mary, gdzie na parterze mieszka jej brat z żoną, a na piętrze czekało na nas duże łóżko oplecione moskitierą. Stan domu określilibyśmy jednak jako surowy otwarty. Mary, przez piętnaście lat, pracując jako pomoc domowa, najpierw w Singapurze a później w Hong Kongu, większość zarobków przesyłała rodzinie, co pozwoliło im na budowę domu i na życie. Jednakże od roku córka Mary, Christine studiuje, więc budowa domu została zawieszona…do odwołania. A jeśli już mowa o pracy za granicą, to właśnie dlatego spędziliśmy Święta Bożego narodzenia z Mary. Około 10% Filipińczyków pracuje za granicą, co ma różny wpływ na rodziny emigrantów, a podpatrując życie Mary chcieliśmy poznać, zrozumieć, i pokazać życie OFWs (Overseas Filipino Worker.)
Ale wróćmy do naszej historii. Następnego dnia obudziły nas piejące wniebogłosy koguty. A że ogłoszony przez byłego prezydenta Marcos’a, narodowy sport Filipin to walki kogutów, przekrzykiwały się te atletycznie umięśnione koguciki, których dookoła co niemiara. Jednakże to nie było dla nas największą niespodzianką tego poranka. Kiedy wstaliśmy, okazało się, że pomimo iż spałem w spodniach i koszuli, na lewej ręce i prawej dłoni miałem setki małych czerwonych ukąszeń. Najprawdopodobniej spałem w takiej pozycji, że lewą ręką i prawą dłonią karmiłem żyjące pod materacem łóżkowe robaki. Pomimo iż nie było to swędzące doświadczenie (przez pierwsze dwa dni) to jednak przyczyniło się to do przeprowadzki do hotelu. Ale dni wciąż spędzaliśmy z Mary i jej rodziną, wspólnie zasiadając do północnej wieczerzy Wigilijnej, trochę tęskniąc za Świętami, tymi które znamy. Pierwszy Dzień Świąt obchodziliśmy bardziej po Amerykańsku…w Mc Donald’s. I choć na kuchnie filipińską nie narzekamy, to jedząc ryż na śniadanie, obiad i kolację, to nawet jak dla mnie za dużo tego dobrego. Jak to mówią, dobry hamburger nie jest zły. Drugi dzień Świąt natomiast spędziliśmy w Banaue, gdzie znajduje się jeden z “ósmych” cudów świata: tarasy ryżowe. Jest to definitywnie jedno z miejsc, które warto zobaczyć.
Nadszedł czas powrotu do Manili. Wsiedliśmy więc ponownie do zamarzniętego autobusu, nie wiedząc jeszcze gdzie spędzimy kolejne kilka dni. Popularnym miejscem w tym czasie był aktywny wulkan Mayon. Od kilku dni dochodziło tam do mniejszych lub większych erupcji, a tysiące turystów oczekiwało na powitanie nowego roku z wielką eksplozją i rzeką lawy. Niestety miejsca we wszystkich hotelach były zajęte, a osoba, z którą skontaktował nas znajomy, zaoferowała nam miejsce w chatce bez prądu. A po świątecznej wyprawie czuliśmy, że potrzebujemy trochę “luksusu”. Zdecydowaliśmy się więc odwiedzić wulkan w innym terminie, a sylwestra spędziliśmy w domu z przyjaciółmi. Tradycyjna filipińska kolacja, trochę wina a za oknami tysiące eksplodujących fajerwerków. Przed północą wziąłem kamerę, wsiedliśmy w samochód i ruszyliśmy na łowy. Nie trzeba było długo czekać, kilka ulic dalej, w chińskiej dzielnicy, trafiliśmy na kilkunastometrowy pas petard, ułożony na jednym z pasów jezdni. Dookoła dym, ponad nami wybuchające rakiety, tysiące eksplozji brzmiących jak serie z karabinów maszynowych i pędzące na sygnale wozy strażackie grały na naszej wyobraźni. Wydawało się jakbyśmy przenieśli się w czasie i wylądowali w Gdańsku w trzydziestym dziewiątym. Na szczęście rzeczywistość była całkiem kolorowa. Już po kilku minutach tych ulicznych doświadczeń zostaliśmy zaproszeni przez organizatorów tej ulicznej kanonady do ich domu, w którym poza powitaniem nowego roku obchodzili urodziny, a panie na głowach nosiły barwne peruki. Nakarmili nas, napoili, a później okazało się, że Nowy Rok powitaliśmy z jedną z najstarszych i bardziej wpływowych chińskich rodzin, których nazwisko rodowe widniało na ulicznych tablicach.
Następnego wieczora lądowaliśmy w Bacolod, w stolicy regionu Negros Occidental, gdzie przez kolejne kilka miesięcy będziemy mieli bazę. Jednak nie zadomowiliśmy się jeszcze, ponieważ piątego stycznia, w moje urodziny wsiedliśmy w autobus i ruszyliśmy na zasłużone wakacje. Przez kolejne kilka dni odpoczywaliśmy na wyspie Apo, znanej ze wspaniałych miejsc do nurkowania. Wyspa ta jest niewielka. Znajdują się na niej dwa niewielkie kurorty i jedna wioska, jednak w ciągu dnia otaczające ją wody odwiedzanie są przez dziesiątki łodzi wypełnionych entuzjastami nurkowania. Ze względu na to, że na wyspie nie ma źródła słodkiej wody, a prąd pochodzi z niewielkich generatorów, nawet pobyt w kurorcie jest całkiem surowy.
Po kilku dniach podglądania “Nemo” i jego przyjaciół przenieśliśmy się na pobliską wyspę Siquijor, słynąca z czarnej magii. Na szczęście nie zastaliśmy zaczarowani, a jedynym niezaplanowanym doświadczeniem była awaria wypożyczonego motocykla. W naszą pierwszą rocznicę ślubu postanowiliśmy objechać dookoła wyspę. Niestety po niecałej godzinie jazdy, zmuszeni byliśmy do poszukania mechanika i po trzech godzinach usuwania usterki zawróciliśmy do hotelu wyjącym motocyklem.
Następnego dnia wróciliśmy do Dumaguete na wyspie Negros, a ze względu na zatrucie pokarmowe zostaliśmy tam dwie noce, zanim wróciliśmy do Bacolod. W czwartek 14 stycznia, zmęczeni, ale gotowi do pracy wróciliśmy do bazy.
32
Trzydziesty drugi dzień naszego pobytu to pierwszy dzień reszty naszej wyprawy i nie tylko. Przez kolejne pięć miesięcy będziemy wyszukiwać i filmować historie, które reprezentują Filipiny. Poza tym, podczas naszego ostatniego przystanku w Hong Kongu, zaproponowano nam pracę nad zorganizowaniem huru dziecięcego i zgodziliśmy się. Louise będzie selekcjonować dzieci, które mają predyspozycje do śpiewania, a wybierać je będzie spośród najuboższych rodzin, w większości zamieszkujących slumsy i małe wioski. Kolejnym krokiem będzie komponowanie muzyki i pisanie słów, które opowiedzą historie każdego z członków huru. Ja zajmę się strona wizualną i jako dodatek do muzyki planujemy pokazać te historie na ekranie. Wygląda na to, że na nudę narzekać nie będziemy. Po Filipinach planujemy na jakiś czas wrócić do Europy. We wrześniu Michał senior obchodzi sześćdziesiąte urodziny i chcemy ten czas spędzić z rodziną. Planujemy również nakręcić w Polsce dokument. Jest taka historia, którą chcemy opowiedzieć, ale na razie szczegółów nie zdradzamy.
Na razie to chyba wszystko. Wprawdzie mógłbym pisać i pisać, ale któż później by to czytał godzinami. Postaram się jednak częściej pisać po polsku, aby przybliżyć najbliższym co się z nami dzieje pomiędzy wizytami w rodzinnym Kruszynie. A szczerze przyznać muszę, że tęskno nam za rodziną.
Michal S. Joachimowski



BYŁEM NA FILIPINACH W MANILII /M.AZJI/Z ARABAMI Z SAUDI,/WYGRAŁ LJ MÓJ PODOPIECZNY 8.23/.NAJBARDZIEJ PODOBAŁY MI SIĘ KOLOROWE BUSY…..ZK POZDRAWIAM